Morze, nasze morze!

Plaże Madery, Majorki, Malty. Tureckie, włoskie, chorwackie... Kamieniste, piaszczyste. Czarne i złociste. Byłam, widziałam. Wszystkie piękne. Ale wybrzeże Bałtyku zawsze będzie zajmowało szczególne miejsce w moim sercu. 


Choć moje pierwsze wspomnienia związane z morzem są raczej traumatyczne! ;) 

Mam pięć albo sześć lat. Jesteśmy z rodzicami na plaży. Mama każe mi przebrać się w bikini. Ja bardzo protestuję, chyba nawet płaczę. Bikini jest w biało-bordowe paski, uszyte z kory!!! (taki materiał, z którego szyje się m.in. pościel) przez mamę. Wstydzę się! Nie wiem tylko, czy powodem mojej krępacji jest nieunikniona obecność innych ludzi podczas zmiany ciuchów na kostium, czy sam skąpy strój, składający się tylko z trójkątów (wiadomo) i konieczność paradowania w nim w obecności współplażowiczów. 
Opowiadałam o tym mamie ostatnio i twierdzi, że nie pamięta tej sytuacji. Ja pamiętam doskonale! :)

Wspomnienie numer dwa. Noc. Budzę się. Wołam mamę. Nie przychodzi. Wołam jeszcze raz. Ciągle nic. Krzyk przechodzi w płacz. Ponoć tak rozdzierający, że słychać go w całym domu wczasowym i ktoś w końcu powiadamia moich rodziców BAWIĄCYCH SIĘ na dancingu, że ryk dochodzi z ich pokoju. Taka sytuacja. Podczas wakacji nad morzem.

A tak poza tym pamięć przywałuje dobre obrazy - skakanie z mamą nad falami, budowanie zamków z piasku, kopanie fos (fascynowało mnie to, że w wykopanym rowie pojawia się woda), szukanie muszelek i ładnych kamyków (czemu są najładniejsze, kiedy są mokre?), długie spacery nad brzegiem morza w słońcu i wieczorami, zapach smażonej ryby, kutry rybackie i rozwieszone sieci...

Na tyle dobre, że wywlekane podczas dyskusji z moim mężem "nadmorskie brudy" nie robią na mnie wrażenia. Dyskusja dotyczy każdorazowo bezsensu urlopu nad naszym pięknym polskim morzem - to Tomek, ja zażarcie bronię honoru bałtyckich fal i plaż.

I wiem, że woda przy dobrych prądach ma maksymalnie jakieś 20 st. C (brrr),  co sprawia, że fani kąpieli w ekstremalnych warunkach mają używanie przez cały rok, nawet latem. 
I wiem, że trafić nad Bałtykiem ciurkiem tydzień słonecznej pogody jest tak nierealne jak wygrana w Totka. 
I wiem, że przeprawa z dziećmi przez nadmorskie "aleje dupereli" wymaga od rodzica worka pieniędzy i wielkiej odporności na chińskie badziewie.

Ale nic nie poradzę - kocham. Kocham, kocham, kocham. To chyba jakiś nieuleczalny sentyment.
Pomimo nieprzewidywalnej pogody, zimnego morza, które mogłoby służyć za basen do krioterapii, pomimo tłumów na plaży i na nadmorskim deptaku. 
Uwielbiam za najpiękniejszą linię brzegową, za szum wzburzonych fal, za cudne sosnowe lasy (w tych miejscach, gdzie nie obsikane), za wiatr we włosach i piasek pod stopami.

Ten moment, kiedy zbliżam się po raz pierwszy do morza po dłuższej przerwie jest dla mnie magiczny. Myśl, że zaraz za tym pagórkiem czeka na mnie ogrom wody zawsze powoduje ciarki i, choć to może zabawne, wzruszenie. 
Nasze kolejne pokolenie zdobywa polskie morze. Ciekawe, czy więcej będzie miało traumatycznych, czy dobrych wspomnień... :) 




P.S. Czy możecie polecić jakąś nadmorską miejscowość wyludnioną nawet w sezonie? Bez jeżdżących trójkołowców, automatów do gry i pizzy na każdym kroku? Najlepiej po zachodniej części wybrzeża... 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger