Barcelona, czyli cudownie być znowu beztroską dziewczyną!

Nadejszła wiekopomna chwila! :) Po prawie sześciu latach macierzyństwa po raz pierwszy zostawiłam męża i dzieci i ruszyłam w samotną podróż do Barcelony. Nie jako mama czy partnerka - tylko Magda albo jak kto woli Ryśka. :)



Odpoczynek od swoich rodzinnych powinności planowałam od baaardzo dawna. Ale zawsze kończyło się to odkładaniem na później. I o ile niektóre powody skutecznie moją jednoosobową wycieczkę uniemożliwiały (np. karmienie piersią), o tyle ostatnio sama się w tym moim postanowieniu "czyszczenia głowy" sabotowałam. Że sobie beze mnie nie poradzą (bzdura!), że będą tęsknić (nawet jeśli, to co w tym złego?), że ja będę tęsknić (to na pewno!). 

I gdy już prawie kupiłam bilet do Barcelony, przypomniałam sobie, że jeśli teraz wyjadę, to nie będzie mnie na szkolnym przedstawieniu Hani. Podzieliłam się wątpliwościami z Tomkiem i  powiedziałam, że pojadę w innym terminie. Na co On, puszczając te moje jęki mimo uszu, po prostu zabukował mi bilet. I jestem Mu za to wdzięczna! Bo gdyby nie Jego konkretne podejście do sprawy pewnie nadal odkładałabym to na "nie wiadomo kiedy". 

Moje dzieci też postarały się o to, żebym nie miała żadnych wyrzutów sumienia z powodu chwilowego ich "porzucenia" - tak mi ostatnio dały w kość, że pakowałam walizkę z wielką ulgą i satysfakcją. Nie wiem, może to był uknuty przez Tomka plan, żebym się jednak w ostatniej chwili nie rozmyśliła! :)

Tyle, że na lotnisku podczas pożegnania znowu dopadły mnie wątpliwości. Ale z każdą chwilą było coraz lepiej. Spokojne niespieszne zakupy w strefie wolnocłowej bez ścigania dwulatka robiącego sajgon na półkach z perfumami? Proszę bardzo! Picie kawy bez nerwowego biegania do toalety z pięciolatką? Jak najbardziej! :) I nawet godzinne opóźnienie samolotu nie wyprowadziło mnie z równowagi. Po prostu przeczytałam gazetę od deski do deski! Ha! Czujecie, jaki luksus! Żadnego uspokajania i prób utrzymania groźbą i prośbą dziecka na swoim miejscu w samolocie, żadnego przepraszania współpasażerów za kopanie fotela przez tegoż. Tylko ja i babska gazeta. Cudownie!

O mój dobrostan zadbał również chłopiec siedzący przede mną, który co kilka minut krzyczał w niebogłosy. Ale jak mówię, doceniam ten gest, bo przecież takie nagłe wyrwanie ze środowiska naturalnego mogłoby się źle dla mnie skończyć. :) Więc spokojnie, nie wszystko na raz, gazetka i krzyki, czyli stopniowe przejście z roli matki do roli chwilowo samotnej singielki. :) Zupełnie mnie to nie ruszało, bo przecież to nie moje dziecko się darło, nie ja musiałam je zagadywać i uspokajać oraz przepraszająco uśmiechać się do sąsiada obok. :) Jaka ulga! :)

Jako nawiedzoną matkę, w trakcie  dwugodzinnego lotu, trawiły mnie jednak trochę wyrzuty sumienia. Rozpamiętywałam każdy podniesiony na dzieci głos, swoją złość albo brak cierpliwości. Na szczęście nie podjęłam próby zastraszenia pilota i zmuszenia go do zawrócenia, żeby jak najszybciej zadośćuczynić moim biednym pozostawionym dzieciom. (Choć nie ukrywam - taka myśl przeszła mi przez głowę). :)

Jednak to wszystko ulotniło się (nomen omen), gdy wylądowaliśmy. Po prostu cieszyłam się tym, że jestem w tym cudownym mieście i mogę robić to, na co tylko mam ochotę. 
Trzy lata temu byliśmy w Barcelonie we troje - z Tomkiem i prawie trzyletnią Hanią (Franio był jeszcze lokatorem w moim brzuchu, liczyć Go, czy nie?:).
Wtedy sporo zwiedziliśmy, więc tym razem nastawiałam się na leniwy czas. Tym bardziej, że ponad trzydziestostopniowe upały nie nastrajały turystycznie. 

Znowu poczułam się jak beztroska dziewczyna. Wolna od zobowiązań, konieczności szykowania posiłków, zaganiania do kąpieli i do łóżek, pilnowania ile kto zjadł, czytania setny raz tych samych bajek. I jasne - bardzo to lubię. Bo dbanie o dzieci to kwintesencja rodzicielstwa. Ale jak dobrze raz na jakiś czas po prostu to wszystko zostawić i zrzucić z siebie tę odpowiedzialność. Myślę, że takie wyjazdy powinny być obowiązkowe dla każdej mamy (pod groźbą kary:)).

I nie uwierzycie, ale wszyscy jakoś to przeżyliśmy! ;) Dzieci potrafiły usnąć beze mnie! Miały fajny czas zapewniony przez swojego tatę, który chyba też się dobrze bawił, bo nie miał obok wszystkowiedzącej w kwestii rodzicielstwa żony. :) Ja nie rwałam sobie włosów z głowy, przeciwnie było mi cudownie! I gdy jednego dnia, leżąc na plaży, zobaczyłam młodą kobietę prowadzącą za obie ręce stawiającego swoje pierwsze kroki malucha, było mi jej szkoda, a sama poczułam się mega szczęśliwa! :)
W dniu wyjazdu byłam jednocześnie stęskniona i trochę smutna, że oto mój czas się kończy. 
Do następnego singielskiego wyjazdu, którego na pewno nie będę odkładać tak długo! :)

P.S. W Barcelonie gościła mnie poznana lata temu, jeszcze w Polsce, Marta. :) Dzięki, kochana!! :)
P.S.2 Nie zabrałam ze sobą aparatu i skutecznie ominęłam wszystkie popularne atrakcje Barcelony (poza plażą :), dlatego na zdjęciach tylko kilka migawek z telefonu. Enjoy! :) 
Koty - własność Marty. :)



2 komentarze:

  1. Och, jakże Ci zazdroszczę! Nie tyle tej Barcelony, co zdecydowania, by jednak z domu się wyrwać. Mnie taki wyjazd też bardzo by się przydał. Choćby tylko do rodziców, ale w pojedynkę. Tylko nie wiem, czy moje sumienie by sobie z tym poradziło. Obawiam się, że byłoby trudno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daga, detoks wskazany, żeby nie powiedzieć obowiązkowy! znowu jestem miłą mamą :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger