To ja połowię!

- A może nad rzekę pojedziemy? - rzuciłam od niechcenia w sobotni poranek, zerkając za okno i przeczuwając, za pomocą aplikacji w telefonie,  ładną pogodę.


Hania pojechała ze znajomymi do kina, więc pomyślałam, że zdążymy się spakować i ruszymy, jak tylko wróci do domu.
Polegiwanie na kocu, granie w piłkę, czytanie - ogólny relaks. O tym marzyłam, zadając to niefortunne pytanie o wyprawie nad rzekę.
- A ja połapię ryby! - odparł mój mąż.
Domyślam się, co teraz widzicie oczami wyobraźni: mężczyzna z wędką, może nie wystruganym samodzielnie patykiem, ale taką bambusową, siedzący samotnie nad brzegiem rzeki, zakładający na haczyk przed chwilą znalezioną dżdżownicę.

No to nie. Nic z tych rzeczy. Też bym tak wyobrażała sobie ten romantyczny wędkarski obrazek, gdybym nie znała mojego męża. Ale już Go znam! Zatem rzuciłam tylko:
- To ty już zacznij się pakować...

Powiedzieć bowiem o moim mężu, wędkarzu, można wszystko, ale na pewno nie to, że jest minimalistą. On jest wędkarzem pełną gębą, a na pewno pełną torbą, plecakiem i pokrowcami. Patrząc na Jego wędkarski ekwipunek, człowiek jest pewien, że On kiedyś był w sklepie wędkarskim. Był i wykupił całe wyposażenie. Żadnych kompromisów albo wycieczek na skróty. Za to szaleństwo kołowrotków, haczyków, żyłek i feeria robaków.

I wiecie co? Gdy ja wrzucałam do torby rzeczy na nasz piknik, Tomek opróżniał swoje wędkarskie gadżetarium (czy właśnie stworzyłam nowe słowo?). 
Gdy ja włączałam, a potem rozwieszałam pranie - Tomek nadal wyciągał swoje skarby. Gdy ja ładowałam i włączałam zmywarkę - Tomek wyciągał. Gdy ja przerabiałam rosół na pomidorową - On wyciągał. 
Hania wróciła i zdążyliśmy zjeść farbowany rosół, bo On wyciągał, wyciągał, wyciągał. W końcu przestał - po to, by pojechać do pracy po robaki!!! Bo tam je trzyma w lodówce!!

Nareszcie miał już wszystko, czego potrzebował, by "połowić". Pozostało tylko wrzucić cały ten wędkarski majdan do samochodu. Ale okazało się, że wędkarz mój nie może naładować baterii w wózku, który cały ten niezbędny sprzęt za niego ciągnie!! (Wiedzieliście, że są takie wózki dla wędkarzy?! I że one są na baterie i same jadą?? Trzeba je tylko chwycić za rączkę!!)
Ale na szczęście mój zapobiegliwy poławiacz ryb miał gdzieś skitrany DRUGI!!!! wózek. Taki analogowy, co go trzeba ciągnąć samemu, no ale trudno.
I gdy wszystko było już gotowe okazało się, że do naszego bagażnika, o pojemności dwóch cielaków i kozy, może nie zmieścić się Hani rower! I wszystko to przez spławiki!

Zamienieni w obwoźny sklep wędkarski, załadowani po sam sufit, dotarliśmy na miejsce.
Teraz trzeba było to wszystko znowu wypakować, załadować na wózek i dotrzeć na stanowisko.

I tak godzinę - oraz  rozłożony namiot, krzesło, parasol i pierdyliard zapytań Hani "Kiedy będziemy rybować" - później pierwsza wędka wylądowała w wodach Tamizy.
Potem druga i trzecia.
A zachwycony piękną pogodą i wędkarskimi warunkami mój mąż postanowił zostać nad rzeką całą noc:
- To nawet dobrze, że was odwiozę, bo przy okazji przywiozę jeszcze parę rzeczy...


P.S. Przy pisaniu tego posta nie ucierpiała żadna ryba! :)








5 komentarzy:

  1. Nigdy nie zrozumiem, jak można się podniecać wędkowaniem! No po prostu nigdy! I że to ktoś jeszcze sportem śmie nazywać. Ale z drugiej strony i tak lepsze to od wielu innych "sportów", np. leżenia na kanapie przed telewizorem z pychą piwa w garści. Tak więc wędkarstwa nie rozumiem, ale akceptuję. Na szczęście mój małżonek nie ma takich ciągot.😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez nie podzielam tej jego ekscytacji, ale fajnie ze ma swoją pasje, tylko po co tyle rzeczy, ja się pytam :) pucha piwa to pycha - stad pewnie przejęzyczenie ;)

      Usuń
  2. Z "puchą piwa" oczywiście miało być!😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Na niektóre osoby wędkowanie jest relaksujące - osobiście, nie miałabym do tego cierpliwości :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger