Czerwone rękawiczki

Nie wszyscy wiedzą, że niektóre części dziecięcej garderoby prowadzą swoje sekretne życie.
Takie skarpetki na przykład. Kupuje człowiek komplet czterech par, każda inna i tylko do swojej połówki i po kilku użyciach otrzymuje skarpetkowe single - w biało-granatowe paski, z kremową piętą, gładkie niebieskie. Oraz jedne sparowane. Domatorki pewnie.


Co robić w takiej sytuacji? Czekać. Wszystkie prędzej czy później (wyszumiwszy się) wracają. Znajdziecie je, niby przypadkiem, na dnie kosza z brudami, pod komodą, we wnętrzu odkurzacza. Wiadomo, co, w czasie nieobecności w naszym domu, robią. Powstała na te temat praca naukowa pt. "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek. (Czterech prawych i sześciu lewych)". Nie będę jej tu streszczać, ale polecam do dokładnego zapoznania się. :)

Zimową porą swoje sekretne życie prowadzą również czapki i rękawiczki. 
Hanka ma dwie czapki i, uwierzcie mi, one pracują na zmiany! Normalnie mają wcześniej ustalony między sobą grafik dyżurów! Bo jak wytłumaczyć fakt, że gdy znika ta różowa z pomponem, to cudem odnajduje się ta szara z warkoczami? A gdy na nic zdają się poszukiwania tej szarej, to zza kanapy wyskakuje ta różowa? Przypadek? Nie sądzę! 
Gdy jedna dzielnie stoi na straży Hankowej głowy, druga... No, właśnie... Nie wiem, jeszcze co robi ta druga, ale z pewnością dobrze się bawi, bo odnaleziona, ma na przykład urwany pompon! Heloooł, to musi być jakaś grubsza impreza!

W ślady czapek idą rękawiczki... Te czerwone ostatnio tak poszalały...
Ale od początku... Znając już skłonność zimowych akcesoriów do zabawy w "pojawiam się i znikam" zaopatrzyłam dziecko w dwie pary rękawiczek. Bo przecież nie ze mną te numery! Zabawa zabawą, ale dziecko ręce ciepłe mieć musi. Sama we wtorek założyłam na Hanine rączki czerwone rękawice. A potem odebrałam dziecko ze szkoły "orękawiczone" :). Rękawiczki wrzuciłam do wózka i spacerkiem wróciłyśmy do domu, nie podejrzewając najgorszego!

Gdy w środę rano jak zwykle szykowałam Hanię do szkoły, zorientowałam się, że czerwone rękawiczki zniknęły! Oho, pomyślałam, wykorzystały sytuację i zwiały! Zrobiłam dobrą minę do złej gry i założyłam te różowe, które Hanka triumfalnie odnalazła kilka dni wcześniej na boisku szkolnym. (Grafik!) :)

O sprawie chwilowo zapomniałam. Jednak gdy w środę szłam odebrać ze szkoły Hanię, dojrzałam z daleka majaczące czerwone coś na skrzynce z przyciskiem przy przejściu dla pieszych, wiedziałam, że czerwone rękawiczki próbują wrócić do bazy. Po prostu zaczaiły się na mnie w miejscu, gdzie na pewno je dojrzę! 1 500 metrów od naszego domu!
Zachowałam kamienną twarz, zgarnęłam ją do kieszeni, rozglądając się, czy przypadkiem druga jej połowica nie czyha gdzieś w pobliżu skruszona i gotowa do powrotu. Nie. To nie był jeszcze jej czas! Widocznie jedna noc to dla niej za mało, by dać upust szaleństwu.
Dobra nasza, pomyślałam i pobiegłam po Hankę gotowa obwieścić jej radosną nowinę.

Potem był czwartek, po czwartku, jak to najczęściej bywa, piątek. Sprawa rękawiczek została przyćmiona milionem ważniejszych katastrof i dramatów (dziura w szkolnych rajstopach Hani, zgubiona piłka itp.).

W sobotę szliśmy w gości i chciałam upiec ciasto. Takie pyszne czekoladowe, z wgłębieniem, do którego wkłada się masę z mascarpone i kremówki, a na wierzch nonszalancko rzuca owoce leśne. No, mówię Wam, niebo w gębie! (Czy tylko mnie właśnie cieknie ślinka?:D)

W każdym razie.

Oczywiście czegoś niezbędnego do upieczenia tego pysznego ciasta mi zabrakło i musiałam gnać do do sklepu. Mamy tu jakieś 5 minut drogi od domu supermarket, więc wzięłam ze sobą Hanię i poleciałyśmy po 300 g gorzkiej czekolady. I możecie nazwać to nerwicą natręctw, ale zawsze do tego Sainsburego idę w określony, ten sam, sposób. Najpierw jedną stroną ulicy (przechodzę zawsze w tym samym miejscu), a wracam drugą.

No i gdy do domu wracałam zaopatrzona w czekoladę, starym zwyczajem przeszłam na drugą stronę ulicy w sobie tylko znanym miejscu. Pokonałam kilka metrów i nagle coś mnie tknęło. Zupełnie irracjonalnie. Jakby ktoś lub coś mówiło, że koniecznie muszę spojrzeć za siebie. Odwróciłam się, cofnęłam kilka kroków i co leżało na płocie przy chodniku?
Tam-dam-dam-dam!
Rękawiczka! Czerwona!
Dokładniejsze oględziny potwierdziły moje przypuszczenia! To była TA czerwona rękawiczka! Dezerterka! Postanowiła dać się nam odnaleźć!
Po czterech dniach! Dwieście metrów od domu, tuż obok za zakrętem. :)

Czy maczało w tym palce UFO albo Illuminaci? A może David Copperfield?
Pewnie nigdy się nie dowiem. Pozostaje mi tylko mieć się na baczności i czekać na kolejne wybryki czapek i rękawiczek. Ale to już w następnym zimowym sezonie. Albowiem żegnamy rękawice, czapy, kozaki i kurtki i witamy WIOSNĘ! :) Hej!


4 komentarze:

  1. A nasze nie uciekają. Ani skarpetki, ani rękawiczki, ani czapki. Ciekawe czemu?... Czy takie grzeczne, czy leniwe? :-) Za to zdarzały się spektakularne zniknięcia ulubionych laleczek. Odnajdywały się potem a to w rękawicy kuchennej, a to w moich kaloszach, a to w przyczepie zabawkowej ciężarówki. Takie żartownisie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja myślę, że po prostu zapewniacie tym czapkom, skarpetkom i rękawiczkom moc rozrywek i nie mają potrzeby szwendać się po świecie :) a lalki chodzą swoimi ścieżkami :)

      Usuń
  2. kiedys wszystkie moje skarpety grzecznie na swoją kolej czekały. teraz juz nie czekają. Łapię którąś w pośpiechu i zakładam. Byle jak byle ciepło przynosiły. Bo nie mam czasu. A one nie słuchaja mnie wcale. Nie chcą parami. Singielkami być wolą. Czy tak bywa u każdej matki ? Czy taki los tych skarpet być musi ? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szczerze, to ja swoich pilnuję, wrzucam do kosza na brudy razem, piorę i wieszam, a potem w kulkę i do szuflady, ale ZAWSZE znajdzie się jakaś indywidualistka :)) tak już chyba musi być i nie ma co z tym walczyć :))

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger