Witaj szkoło! Znowu...

Na hasło - WRZESIEŃ - reaguję alergicznie, odkąd po raz pierwszy poszłam do szkoły. Wiadomo, koniec laby, lekcje, obowiązki... I choć uczennicą byłam raczej piątkową (poza matmą i innymi przedmiotami ścisłymi), to lat edukacji nie wspominam jakoś szczególnie przyjemnie.
A teraz znowu pora wrócić do szkoły. Tym razem z Hanią.



Bardzo bym chciała, żeby zakochała się w tym miejscu i nie traktowała nauki jako przykrego obowiązku, ale wspaniałą przygodę, w trakcie której może poznawać świat i rozwijać swoje umiejętności. Dobrze się bawić, a przy okazji uczyć, zawierać przyjaźnie. Mam nadzieję, że to nie tylko moje utopijne mrzonki. 

Ale przed pierwszym dniem stres był. U matki, nie u dziecka. :)
Mimo że temat szkoły przewijał się w naszym domu niemal od roku. Najpierw było poszukiwanie odpowiedniej placówki. Mieliśmy pięć typów, każdy sprawdziliśmy, odbywając tzw. tour, czyli zwiedzanie szkoły w towarzystwie innych rodziców. Na tej podstawie stworzyliśmy swoją listę.
Potem aplikowaliśmy o miejsce. W Anglii całym tym procesem zajmują się lokalne władze. Formularz w wersji elektronicznej lub papierowej trafia właśnie do urzędu miasta odpowiedniego dla  miejsca zamieszkania. Ostateczny termin aplikowania upływał 15 stycznia. Należało wybrać co najmniej trzy i maksymalnie sześć szkół. Wpisywaliśmy je w kolejności od tej, na której najbardziej nam zależało. Potem trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać na dzień ogłoszenie wyników, czyli tzw. national offer day.
Wieczorem 18 kwietnia otrzymałam email z informacją, do której ze szkół dostała się Hania (druga na naszej liście). Tą samą drogą (u nas elektroniczną) musieliśmy zaakceptować bądź odrzucić ofertę.

My naszą przyjęliśmy i spokojnie czekaliśmy na rozpoczęcie roku szkolnego we wrześniu. Ale zanim... To, co bardzo mi się spodobało to fakt, że nikt Hanki nie wrzucił na głęboką wodę. Jeszcze w czerwcu, zanim wyjechaliśmy na wakacje, zostaliśmy zaproszeni do szkoły na dwugodzinne spotkanie. A może raczej zapoznanie. Hania razem z nami mogła przyjść i zobaczyć, jak wygląda klasa, w której będzie się uczyła i poznać dzieci, które będą jej towarzyszyć.

A już we wrześniu odwiedziły nas jej wychowawczynie. Wizyta trwała ok. pół godziny. W jej trakcie odpowiadaliśmy na pytania, co Hania najbardziej lubi robić, czy czegoś się boi, czy lubi spędzać czas na placu zabaw, czy jest na coś uczulona, a nawet, czy jest wegetarianką (z racji tego, że obiady będzie jadać w szkole*).
Dostaliśmy też tzw. Wow book, książkę, w której możemy się zapisywać Hani osiągnięcia poza szkołą, rzeczy, którymi nas zachwyciła i chcemy się nimi podzielić z jej nauczycielkami i kolegami z klasy.

Również w ramach tego "miękkiego" rozpoczęcia edukacji w trakcie pierwszego tygodnia zajęcia trwały krócej - cztery i pół godziny (8.50-13.30) i odbierałam ją po lunchu. Od dziś ten czas wydłuża się o dwie godziny i tak już zostanie.

To, co jest zupełnie inne niż w Polsce, to mundurek. Każda szkoła ma inny. Na zebraniu dostaliśmy informację, jak i gdzie skompletować strój. Hanka ma do wyboru spodnie, spódnicę i sukienkę (szare albo czarne), do tego koszulka polo z emblematem szkoły (biała lub zielona), gładkie rajstopy (białe, czarne, szare, zielone), do tego zielona bluza z emblematem i czarne buty.
Plus teczka na książki (book bag) i butelka z wodą, którą może pić w trakcie zajęć.

Odpowiednikiem naszego w-fu jest P.E. Strój - koszulka i spodenki plus czarne tenisówki. Ten komplet przyniosła na samym początku i może go zostawić w szkole do końca semestru. Dzięki temu na pewno nie zapomni zabrać go z domu.
I tyle. Nie musieliśmy kupować żadnych książek, piórników, zeszytów... W teczce nosi póki co obrazki, które namalowała w klasie i chce je zabrać do domu.

W sali nie ma ławek tylko stoliki, kąciki zabaw, pomoce edukacyjne. Bardziej to wszystko przypomina przedszkole. W ciągu dnia dzieci wychodzą na dwór, tam też przygotowane są dla nich zabawki, rowerki. Jest piaskownica i plac zabaw. Maluchy nie bawią się ze starszymi dziećmi.

Gdy odbierałam Hanię pierwszego dnia wydała mi się taka dorosła! :) Na razie jest zadowolona, codziennie, gdy wracamy do domu opowiada mi, co robiła w ciągu dnia i co się wydarzyło. Jest radosna i podekscytowana. Mam nadzieję, że tak już zostanie. :)

* Każde dziecko przez trzy pierwsze lata nauki w szkole podstawowej, jeśli wyrazi taką chęć, ma zapewniony darmowy posiłek. Rodzic może również sam przygotowywać dziecku tzw. packed lunch.








3 komentarze:

  1. A ja lubiłam chodzić do szkoły :-) Przestałam, odkąd zaczęłam pracować jako nauczyciel. Haneczka wygląda bardzo poważnie. Aż trudno uwierzyć, że to raptem czterolatka. Z tego, co piszesz, warunki w szkole świetne. Te darmowe posiłki... W Polsce przed nami kolejna reforma systemu oświaty. I pewnie jak wszystkie poprzednie poroniona. A poziom wiedzy i umiejętności dzieci i młodzieży spada na łeb i na szyję. A plecaki jakie ciężkie u tych pierwszo- czy drugoklasistów! Pracowałam ostatnio na świetlicy w dużej podstawówce w Warszawie, więc miałam do czynienia z tymi najmłodszymi dziećmi. Dobrze, że wycofali się z obowiązkiem posyłania 6-latków do pierwszej klasy. Bo w polskich warunkach to był naprawdę szkodliwy pomysł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, w planach, mam nadzieje nie tak dalekich, mamy powrot do polski. i jedna z tych rzeczy, o ktorych czesto mysle, jest polska szkola. sledze te zmiany w systemie oswiaty i zastanawiam sie, po co traci sie tyle pieniedzy i energii na pseudo reformy. dlaczego zamiast tego dzieciakow nie uczy sie praktycznych rzeczy i samodzielnego myslenia, wyciagania wnioskow... a te listy podrecznikow i setki zlotych, ktore trzeba wydac na wyprawke, ktora za rok bedzie nieaktualna i nawet czlowiek nie bedzie mogl jej sprzedac albo odstapic innemu dziecku. szkoda gadac.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger