Malta

To była najbardziej pechowa ze wszystkich naszych dotychczasowych podróży!
Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, wróciliśmy cali i zdrowi, ale na Maltę nie planujemy wracać. :)





Zaczęło się od razu. :) Samolot, który miał nas zabrać, na lotnisku w Londynie wylądował spóźniony. Nie było szans, byśmy my wystartowali zgodnie z planem.  Dla mnie i Tomka to nie problem, gorzej z dziećmi, tym bardziej, że zbliżała się ich pora spania. Gdy już zajęliśmy swoje miejsca, okazało się, że konieczna jest zmiana opony w przednim kole. Kolejne opóźnienie. Franek dostawał szału. Nie mógł spać, bo był za bardzo podekscytowany tą całą sytuacją, ale równocześnie baaaardzo zmęczony. 
Koniec końców ruszyliśmy z półtoragodzinnym poślizgiem. Mały darł się w niebogłosy, bo podczas startu musiał być przypięty pasem, a dla niego nawet częściowe unieruchomienie, które trwa dłużej niż dziesięć sekund to najgorsza kara. Ja miałam ochotę się zabić i myślę, że większość pasażerów szczerze nas nienawidziła. :)

Na szczęście wszystko, co złe również się kończy. Wylądowaliśmy, w środku nocy dotarliśmy do hotelu i szybko zapomnieliśmy o pechowym locie.

Tym bardziej, że sobota przywitała nas wspaniałym słońcem, pysznym śniadaniem i bardzo przyjemną temperaturą. 
Nasz hotel usytuowany był w północnej części wyspy (Golden Bay), obfitującej w piękne piaszczyste plaże. Dlatego pierwszy dzień naszej laby postanowiliśmy spędzić jak na prawdziwe wakacje przystało, smażąc się na słońcu i nurkując w lazurowych falach. :)
Wiało dosyć mocno, więc nie czuliśmy upału, co niestety okazało się zwodnicze. Tomek uciął sobie drzemkę na leżaku, wcześniej zapomniał się posmarować i efekt był... porażający! I bardzo bolesny! Spalił się tak, że przez kilka kolejnych dni unikał słońca. 
Ja oceniłam wodę jako zimną, ale dzieciom ten fakt w niczym nie przeszkadzał. Franek jest zawsze gotowy, żeby się zamoczyć, nawet w ciuchach, Hanka potrzebuje trochę więcej czasu, ale jak już wejdzie, to trudno ją wyciągnąć. No i ten piasek! Niebo we Frankowej gębie! :)










Następnego dnia zwiedzaliśmy starożytną stolicę Malty, Mdinę. Miasto otoczone imponującymi murami obronnymi usytuowane jest w najwyższym punkcie  wyspy.
Na początek obowiązkowo trzeba zaliczyć plac zabaw (oczywiście jeśli jest się z dziećmi), który praktycznie graniczy z bramą do Mdiny.
Po dziecięcych uciechach czas na spacer przepięknymi wąskimi uliczkami starego miasta. Co ciekawe, wciąż mieszkają tam ludzie, a na ścianach wiszą tabliczki z prośbą o ich uszanowanie i zachowanie ciszy.
Przepiękne, skąpane w słońcu miasto robi duże wrażenie. Mimo turystów jest bardzo kameralne i klimatyczne. Nie weszliśmy do żadnego muzeum ani kościoła, po prostu napawaliśmy się atmosferą miejsca. Po pierwsze, ze względu na dzieciaki (mają na to jeszcze czas), po drugie, nogi same nas niosły po urokliwych zakątkach Mdiny. Aż żal było chować się w choćby w najpiękniejszych murach.























W poniedziałek znów postawiliśmy na plażowanie. Myślę, że ten system dobrze się sprawdza. Jeden dzień zwiedzania, jeden plażowania. Szczególnie z dziećmi. Coś dla ciała, coś dla ducha. :)
Zwykle walczą we mnie: prymuska, która musi zaliczyć wszystkie zabytki i atrakcje, choćby miała paść na pysk, i leniwa sybarytka, która chodziłaby od knajpy do knajpy, oddawała się uciechom podniebienia, ale tak by wygrzewać się na słońcu, gapić się na tubylców i po prostu chłonąć klimat miejsca. Odkąd są dzieci żadna z tych opcji nie wchodzi w grę. :) Wybieramy coś pośredniego z uwzględnieniem placów zabaw i budek z lodami. :) 









I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze zdjęcia. 
W drodze powrotnej, na lotnisku chciałam jeszcze raz przejrzeć fotki, które zrobiłam i okazało się, że z ponad siedmiuset kadrów zostało jakieś dwieście pięćdziesiąt (to tak na poczet tego pecha, o którym pisałam na początku). Najpewniej  pakując się, po prostu zapomniałam wyłączyć aparat, a potem wrzuciłam go do plecaka i stało się. Dwie trzecie naszych wspomnień uleciało!

A przecież odwiedziliśmy jeszcze Vallettę, obecną stolicę Malty, niezwykle malowniczą wioskę rybacką Marsaxlokk i jaskinie morskie Blue Grotto. W trakcie tej ostatniej wycieczki w łodzi, którą płynęliśmy nagle przestał działać silnik (pech!). Na początku myślałam, że to taki bonus pod tytułem: teraz dryfujemy i podziwiamy morze. Ale gdy kierownik tej wyprawy zaczął nerwowo odpalać silnik,  a po chwili wyciągnął wiosła, pomyślałam, że zabawa się skończyła, choć na dobrą sprawę jeszcze się nie zaczęła (przepłynęliśmy jakieś kilkaset metrów). Wyszliśmy z tej opresji cało, zobaczyliśmy jaskinie, ale czy ta wyprawa była tego warta? Wątpliwe.

Mieliśmy również jednodniową przymusową przerwę, za sprawą wirusa grypy żołądkowej, którą przeszliśmy wszyscy prócz Franka. No mówiłam, że pech! 

Na koniec, w piątek przed samym powrotem Hanka znowu źle się poczuła, a właściwie była tak marudna i nieswoja, że choć na nic się nie skarżyła, to wiedziałam, że coś jest nie tak. Niestety nie dały mi do myślenia nawet krostki, które pojawiły się na jej rękach i nogach. Zrzuciłam to na karb komarów, które zaatakowały nasz pokój poprzedniej nocy. 
A w sobotę, już w Londynie, Hanula wstała i była cała w kropki! Złapała ospę! PECH!
No i Franek znowu darł się w samolocie w drodze powrotnej, ale to nic nowego, nie? :)

Traktuję tego naszego "pecha" z przymrużeniem oka, bo przecież wróciliśmy w komplecie, jelitówki nie złapał Franek, ospa w całej okazałości ujawniła się dopiero po powrocie do domu, dzięki czemu nie byliśmy uziemieni w hotelowym pokoju przez całe wakacje, a zdjęć trochę ocalało. 
Czyli szklanka do połowy pełna. :) Ale na Maltę i tak już nie wrócimy. :)
Ciao! :)

























2 komentarze:

  1. Takie nieoczywiste miejsce wybraliście sobie na urlop ;-) Jeździ się do Egiptu, do Turcji, Tunezji, ewentualnie do Grecji. Bynajmniej Polacy w Polsce mają takie preferencje. Ale Wy już może brytyjskie preferencje przejęliście ;-) A serio - z moją histeryczką to ja mam problem do pobliskiego miasteczka podjechać po zakupy. Więc absolutnie nie wyobrażam sobie wyjazdu z nią za granicę. Bynajmniej w chwili obecnej, gdy ma trzy lata. Umordowalibyśmy się wszyscy. Zwłaszcza, że dzieciaki lubią "wyskoczyć" przy takich okazjach z jakąś nieoczekiwaną dolegliwością czy chorobą. Może za 2-3 lata jak Rozalka podrośnie wybierzemy się gdzieś dalej. Ja to raczej z tych zwiedzających jestem, nie dla mnie leżenie na plaży. A weź tu zwiedzaj z maluchem...

    OdpowiedzUsuń
  2. no, w Afryce nas jeszcze nie było, ale reszta z tych miejsc, które wymieniłaś już zaliczona:) z maluchami trudno nastawiać się na takie "prawdziwe" wakacje, czyt. niczym niezmącone leżenie, jedzenie, pływanie i inne uciechy :) ale bez nich też jakoś łyso, zresztą jeszcze nam się nie zdarzyło. z Hanką byliśmy na Maderze, gdy miała osiem miesięcy, Franek swoje pierwsze wakacje zaliczył, gdy miał prawie rok. no a jeszcze wcześniej to oczywiście Polska, ale to się nie liczy :) podróże z dziećmi to temat na cały post, może coś wysmażę... :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger