Wychodzą

W piątek wieczorem proszę męża, żeby zabrał ICH jutro na trochę. Do parku albo sali zabaw. Gdziekolwiek. Muszę pobyć sama. Może nadrobić jakieś domowe zaległości, czyli poprasować tę stertę prania, którą upycham już nogą, żeby zamknęły się drzwi od schowka. Może po prostu poleżeć na kanapie, zjeść paczkę czipsów i pogapić się na "Przyjaciół".


- OK - mówi najwyrozumialszy z mężów. Oddycham z ulgą, zachowuję pokerową twarz, ale w mojej głowie strzelają fajerwerki radości.
W sobotę rano Franek budzi najpierw mnie, potem Hankę.
W swojej wspaniałomyślności daję pospać mężowi, bo przecież zaraz po śniadaniu wybędzie razem z tym towarzystwem z domu. Kochany mój. Wytrzymam jeszcze te dwie godziny.

W tym czasie ubieram dzieciaki i szykuję śniadanie, bo jak tylko obudzi się Tomek, pójdą w długą.
Mąż wstaje. Jak w zwolnionym tempie schodzi na dół, pije zrobioną przeze mnie kawę, zjada racucha. Ale mało mu, więc również wolnym krokiem, przecież jest sobota!, idzie do kuchni i przygotowuje sobie "męskie" śniadanie. Zjada delektując się każdym kęsem. Może, w końcu ma wolne, nie?!

Patrzę na ten jego tryb slow motion i z nerwów idę na górę.
- Jak mnie nie będzie, to zaraz sobie pójdą - myślę i zamykam się w sypialni.

Ale nasłuchuję. Ok, zjadł śniadanie. Dzieci go ponaglają. On zapewnia je, że już wychodzą.
Tylko nastawi rosół.
Nastawia.
Dzieci atakują.
On uspokaja, że już idą. Tylko posprzątają.
Sprzątają i już, już wychodzą.
Dzieciaki przybiegają do mnie na górę.
Super, już dawno miało ich tu nie być. Wkurw: level hard.
Mój mąż w piżamie podąża za nimi. Leniwym, sobotnim krokiem. Niech żyje slow life!
Ponaglam, a on, że o co mi chodzi, przecież "już wychodzą".
Tylko się ubierze.
No to idzie do toalety.
Ja w tym czasie zmieniam Frankowi pieluchę, Hanka wyciąga jakąś książkę i zaczynamy wyklejać.
Mija dobre pół godziny. Zapomninam już, że mieli gdzieś wyjść.
Mąż wychodzi z łazienki i zapewnia, że jednak "już wychodzą".
Teraz on przejmuje pałeczkę i pogania nieprzygotowane towarzystwo.
Wszyscy schodzą na dół. W domyśle - zaraz wyjdą.
Ja postanawiam wziąć prysznic.
Ale słyszę, że nadal się tłuką. Schodzę sprawdzić, czemu jeszcze nie wyszli.
Już idą, tylko zjedzą rosół, bo już się zrobił, a przecież prawie pora obiadu.
No, tylko jeszcze ten makaron ugotują. Mąż pyta, czy zjem z nimi.
Zastygam.
Wracam na górę.
Biorę prysznic z nadzieją, że jak skończę, chata będzie wolna i cała dla mnie.
Zakręcam wodę w kranie i słyszę, że jeszcze są.
Znowu schodzę.
Mąż zapewnia, że już kończą jeść i wychodzą.
Franek cały mokry od zupy.
- Trzeba go przebrać - mówię.
Mąż szuka czystego body, które odnajduje się w stercie prania w schowku.
Żeby było szybciej, żeby już sobie wreszcie poszli, pomagam ubrać Hani buty i czeszę ją. Tomek przebiera Franka.
Hanka łapie hulajnogę i gotowa stoi pod drzwiami. Franek też.
Mąż prawie. Bierze wózek, kurtkę. No przecież już wychodzą.
Tylko jeszcze się zastanawia... Które okulary przeciwsłoneczne? Przymierza i pyta o zdanie. Opiniuję i cedzę, że mieli już iść. JUŻ IDĄ PRZECIEŻ!!! (to mąż)
Otwierają drzwi.
Wychodzą.
Jest 13.15.
Jestem tak wymęczona, że opadam na kanapę i strzelam pilotem po kanałach. O prasowaniu nie ma  już mowy. Wiadomo.
Mija kilka minut, zdążyłam otworzyć paczkę chipsów i wkręcić się w "Przyjaciół".
Pukanie do drzwi.
Otwieram. W progu stoi Hania, a mąż szuka czegoś w bagażniku auta. Czyli jednak nie poszli.
To znaczy poszli, zrobili już jakieś dziesięć metrów i stoją na naszym podjeździe.
- Masz jakiś koc, bo zimno, a Franek zaraz zaśnie w wózku - pyta mnie z najspokojniejszą miną na świecie mój kochany...









2 komentarze:

  1. Jak zwykle cudownie opowiedziane "samo życie"! A moja "jemiołka" z tatusiem nigdzie nie chce iść, wszędzie tylko z mamą, więc możesz sobie wyobrazić, jak mi się marzy choć przez pół godziny mieć czas i dom tylko dla siebie. Ja taka kiedyś niezależna - chodziłam, gdzie chciałam, robiłam, co chciałam, długo byłam singielką, więc naprawdę wiodłam życie totalnie niezależne. I teraz taka jestem "udupiona"... Na początku był trochę bunt, ale z czasem przyszła akceptacja. Wiem, że ten czas "jemiolstwa" szybko minie. Rozalka pójdzie do szkoły, zacznie mieć swoje odrębne życie. I jeszcze zatęsknię za tą naszą bliskością. Więc staram się doceniać to, że mogę z nią być i chłonąć to jak się zmienia, rozwija, rośnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze przy jednej Hani jakoś specjalnie nie brakowało mi tego czasu dla siebie, ale przy dwójce to już konieczność :) też łapię się na tym, że ten czas tak szybko mija (mimo codziennych perturbacji) i za chwilę będę tęsknić za tym domowym szaleństwem i możliwością bycia z nimi wciąż :) uściski :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger