Matka uwolniona

W życiu pełnoetatowej matki przychodzi taki dzień, że musi zejść z posterunku. Mimo oddania i poświęcenia dla swoich dzieci i męża czuje, że jeszcze jedno "Mamoooo!!!!" i zacznie mordować w imię pokoju na świecie.
Decyzja jest szybka i nieodwołalna. Postanawia urwać się ze smyczy macierzyństwa byle z kim i byle gdzie oraz byle prędzej!



Jako że wersja z natychmiastowym trzaśnięciem drzwiami nie wchodzi w grę z prostego powodu - w granicznym momencie jest sama i nie może zostawić dzieci bez opieki - wybiera najbliższy możliwy termin, kiedy na warcie postawić może ojca swojego potomstwa. Czyli sobotę (to ten termin, nie imię ojca).
Jest czwartek.
- Jakoś dam radę - cedzi przez zęby i ociera pot z czoła.

Gdy nadchodzi godzina zero, jest zwarta i gotowa, a cały piątek schodzi jej na fantazjowaniu, co będzie robić i jak to sobie użyje.

 Scenariusze wyjścia z domu są dwa:
1) Poprzedzone krzykami i piskami - wtedy z ulgą zatrzaskuje za sobą drzwi, szczęśliwa, że tym razem to nie ona będzie zmuszona rozstrzygać siostrzano-braterskiego konfliktu o połamane kredki albo piłeczkę, której nijak nie da się podzielić, a jedno i drugie dziecko, mimo hałdy zabawek, musi właśnie tą piłeczką się bawić. I nie razem, tylko każdy indywidualnie - już, teraz, nał.

2) W atmosferze sielanki - skłócone i awanturujące się towarzystwo nagle przybiera chwilową! postać małych cherubinów i w przepełnionej miłością i zrozumieniem komitywie grzecznie dzieli się zabawkami.
W tej wersji chęci matki na wyjście słabną z minuty na minutę. Uśpione zostają jej czujność i determinacja. UWAGA! To jest moment, gdy matka zaczyna się wahać: "Eee, może jednak zostanę, oni tacy kochani, gdzie mnie będzie lepiej niż tu, z rodziną, razem, wspólnie, ol tugeder".

Matko! Nie daj się zwieść! To tylko chwilowe zawieszenie broni! Idź! Uciekaj i nie oglądaj się za siebie! Za pięć minut te potulne misie znowu zamienią się w krwiożercze kritersy!

Wypychana przez męża za drzwi i zapewniana, że dadzą sobie bez niej doskonale radę, w końcu wychodzi.

Już na ulicy czuje się nieswojo. Sprawdza i odhacza w myślach checklistę. Jest torebka, a w niej klucze, telefon i portfel, na nogach buty - do pary, nie kapcie. Tylko te ręce, jakieś takie wolne i nie  bardzo wiadomo, co z nimi zrobić... Luźne takie, za długie jakby... No tak! Z dziećmi w domu został jej nieodłączny atrybut - wózek.

Wózek, którym niestrudzenie wozi potomstwo już piąty rok. Wózek, który pomieści wszystko, począwszy od pudełka z obranymi i pokrojonymi owocami po brudne kalosze i hulajnogę.
Wózek, który wspiera ją dzielniej niż niejeden dżentelmen, wożąc wypchane zakupami siaty. Wózek, który zasłania mankamenty stroju i sylwetki (brudne na wysokości kolan spodnie, niepasujące, zakładane w biegu buty albo grube uda! :) Czasem też pełni funkcję balkonika, gdy ostatkiem sił tłucze się rodzicielka do domu po kilku godzinach spędzonych w parku z dziećmi.

No ale, ale...
Idzie pełnoetatowa matka bez wózka, za to z za długimi rękami.
Idzie, a jej nogi, dziwnie lekkie, nieobjuczone dziećmi, niosą ją do pobliskiego centrum handlowego. Co jak co, ale samotne zakupy dla pełnoetatowej matki to luksus.

No więc sklep.
Początkowo matka nerwowo reaguje na każdy płacz dziecka, który słyszy w promieniu dwudziestu metrów. Z niedowierzaniem oraz radością odkrywa jednak, że to przecież nie jej dzieciak drze się w niebogłosy. To znaczy może i się drze, ale do ucha ojca, z którym został w domu. A jej chwilowo nic do tego.
Po drugie może swobodnie buszować wśród ciuchów większych niż rozmiar osiemdziesiąt sześć oraz sto dziesięć centymetrów.
Nie musi w tym czasie wycierać nosa, podawać picia, jedzenia i podśpiewywać "Koła autobusu kręcą się...".
Nie musi szerokiem łukiem omijać półek z zabawkami i słodyczami.
Nie musi szukać wielkich przymierzalni, żeby zmieścić się do nich z wózkiem.
Nie musi zmieniać pieluchy, bo gdzieś wśród kosmetyków, a może garmażerki jej syn pomylił KUPowanie z robieniem KUPy.
Nie musi rzucać pełnego koszyka w kąt i poprawiać swojego rekordu na setkę, bo córka właśnie teraz musi siku.
Jest wolna. Nic nie musi.
To znaczy musi. Musi kupić sobie nowe spodnie, bo od miesięcy nosi na zmianę dwie pary. I co robi? Kupuje spódnicę, sukienkę, kapcie, bluzę z kapturem i czapkę.
Dla dzieci.
A dla siebie żaroodporne naczynie do zapiekania.
Po wszystkim automatycznie kieruje się do windy, którą w przebłysku świadomości z satysfakcją olewa i ostentacyjnie schodzi po schodach.

Postanawia porozpieszczać się jeszcze, kupuje więc gazetę i idzie na kawę.
Niby upaja się tą chwilą samotności. Ale gdzieś między wstępniakiem naczelnej a recenzją płyty Ani Dąbrowskiej z coraz większą częstotliwością spogląda na telefon. Rodzina nie dzwoni, nie pisze...
Przecież nie ma jej już trzy godziny!
Dają radę? Sami?! Bez niej?! Co za bezczelność! Niewdzięczność można by rzec nawet. A ona tyle dla nich!
Zbiera manele, dopija kawę i idzie do domu.
Nie! Nie idzie! Biegnie! Biegnie, a każdy metr jak kilometr!
Jeszcze jedne światła, jeszcze jeden zakręt, ostatnia prosta... I jest! Drżącymi rękami szuka klucza. Znajduje, przekręca go w zamku, otwiera drzwi i przeciągłe "Mama!!!!!!" w akompaniamencie pisków radości wita ją w progu.

Dla tego "Mama!!!!" warto czasem się urwać i trochę poudawać, że lubi się luksusy! :)

2 komentarze:

  1. Skąd ja to znam... Najgorsze, że we mnie samej jest opór przed takim bezproduktywnym spędzeniem czasu. Mąż nieraz mówi: jedź do Warszawy, połaź po sklepach, kup sobie coś. A ja na to: eee tam! szkoda czasu i pieniędzy albo: nie chce mi się. A dziecię moje jest jak jemioła. Bez mamy ani rusz. W żadną stronę. Czasem dopada mnie zmęczenie i frustracja. Może w takich momentach urwałabym się ze smyczy bez wyrzutów sumienia. Ale wtedy na ogół nie mogę. A z zakupami jest identycznie jak u Ciebie - zamiast kupić coś sobie, kupuję Rozalce. Ech... Tak to już z nami matkami jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "a moje dziecię jest jak jemioła" dobre :) czasem się człowiekowi nie chce, ale to jednak dobrze robi na głowę. ja wracam zawsze pełna energii i stęskniona, i fajniejsza :) jak już zaczynam nie mieć cierpliwości i pokrzykuję to znak, że pora znowu się ewakuować :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger