Porządki

Ze sprzątaniem po zabawie różnie u nas bywa. Zwykle robię to ja, by języka niepotrzebnie nie strzępić i nerwów sobie nie szargać. Zakasam rękawy, rachu-ciachu i po sprawie. Odbywa się to sto razy dziennie, bo z uporem maniaka odkładam porzucone chwilowo dziecięce czasoumilacze na swoje miejsce, po to by za moment jedna z drugim znowu wywlekli je i zostawili. To się ponoć nazywa zabawa. :) Wyrzutów przy tym nie robię, a daję sobie złudne poczucie panowania nad tym morzem zabawek.

Za to wczoraj, kiedy weszłam do salonu i zobaczyłam miliard puzzli, stosy kredek i zastępy klocków upstrzone pokruszonymi chrupkami kukurydzianymi, piętrzące się gdzieś, gdzie kiedyś była podłoga, coś we mnie pękło. :)
 - Ooooo, nie! Tak to nie będziemy robić. To ja teraz nauczę to towarzystwo porządku! - postanowiłam.
- Hania, Franek, robimy zawody! - dziarsko zakrzyknęłam. - Kto wrzuci więcej klocków do pudełka!?
Dumna z siebie, że gęby nie wydarłam, za to sprytnie problem rozwiązałam, na zachętę włożyłam kilka pierwszych klocków do pudła.
Hanka, nieświadoma, że ją wrabiam, tak się zapamiętała w tej, pożal się Boże, konkurencji, że w ciągu piętnastu minut salon lśnił. Chyba nie muszę dodawać, że Franek zawody olał koncertowo i zajął się robotą bardziej go rozwijającą, czyli wyciąganiem wszystkich plastikowych pojemników z szafki w kuchni.
Za to Hania pozbierała puzzle, klocki i kredki wraz z przyległościami. Zgromadziła w jednym miejscu i ustawiła pod linijkę cały sprzęt jeżdżący (hulajnoga, rower, wózek). Na koniec pozamiatała wszystkie okruchy z podłogi. No, a potem z dumną miną oprowadzała mnie po salonie prezentując huk roboty, którą wykonała i rosła coraz bardziej słysząc moje ochy i achy.
- Prawda, ze pięknie pospzątałam, mamo? Lepiej od Franka, prawda? - dopominała się o zasłużone komplementy.
Kurczę, muszę przyznać, że sama bym tego lepiej nie zrobiła. W końcu to jej majdan i ona wie najlepiej, jak go uporządkować.

Wszystko super, tylko, że gdy, niezainteresowany do tej pory ciężką pracą swojej siostry, Franio podszedł do skrzyni z zabawkami i chciał wyjąć z niej autko, napotkał się z Hani niemym acz intensywnym oporem. Mała całym ciałem zaczęła osłaniać pojemnik i udaremniać jakiekolwiek próby wydobycia z niego zabawek.
Tak samo nieugięta była, gdy jej braciszek złapał za rączkę rowerka i próbował ciągnąć go w swoją stronę. W domyśle - chciał nim pojeździć po salonie. Moja dumna i nieprzejednana bojowniczka o porządek usiadła na nim okrakiem (na rowerku, ma się rozumieć, nie Franku:), a jej zdecydowana mina wyrażała mniej więcej tyle co: - Nawet nie próbuj, bo pożałujesz.
Wobec takiego obrotu sprawy musiałam interweniować:
- Cudownie, że posprzątałaś, Haniu, ale to znaczy, że Franek teraz nie będzie mógł się bawić zabawkami?
- Tak, on juz nigdy nie moze się nimi bawić. On brudzi! - odpowiedziała, próbując wprowadzić nowe, nomen omen, porządki w  naszym domu Hanka.

Hmmm. No genialne w swej prostocie!
I tak oto moje czteroletnie dziecko w dwóch zdaniach uświadomiło mi bezsens wszelkich moich domowych prac i starań. Pomyśleć, że wystarczyłoby raz posprzątać, a potem tylko tę wesołą kompanię unieruchomić, przywiązując np. do kanapy, i problem porządku byłby na dobre rozwiązany... :) Albo raczej przywiązany! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger