Rollercoaster uczuć

5.00 Przez sen słyszę tupot bosych stópek. Drepczą coraz bliżej i bliżej. Tup, tup, tup i już są przy mnie. Mała rączka głaszcze mnie po ramieniu. - Mamo, siusiu - to Hanka i jej codzienna rytualna wędrówka do naszego pokoju. Nieee, właśnie teraz? Przecież dopiero przed chwilą zasnęłam po usypianiu enty raz tej nocy Franka! Mam ochotę zakopać się pod kołdrę i nigdy więcej spod niej nie wychodzić.
Idziemy do toalety, a potem Haniut nie wraca już do swojego łóżka, tylko gramoli się do naszego. Ale najpierw muszę wyekspediować Franka, którego z lenistwa karmię na półśpiąco w łóżku.
Podnoszę malucha i na palcach skradam się do jego łóżeczka. Tylko żeby się nie obudził! - proszę w duchu. Powoli go odkładam. Udało się!
Hanka już mości się w pościeli. Wskakuję obok niej, przytulam się mocno do drobniutkiego, kochanego ciałka. Jest cudnie i błogo. Odpływam.
Śpię snem przerywanym, bo Hania co chwilę się rozkopuje, jej nogi, ręce, włosy są wszędzie. Zwisam nad podłogą i mogłabym wysyłać pocztówki znad krawędzi... łóżka. Głowę odkładam na szafkę nocną.

5.30 Z łóżeczka Franka dobiega mnie stękanie. Nie podnoszę się, udaję, że śpię. Ale, kurde, przecież wiem, że to nie przejdzie. Mały za chwilę już stoi na baczność, trzyma się szczebelków i wzywa mnie! Wstaję, próbuję uśpić malucha. Ale drze się wniebogłosy. Biorę terrorystę na ręce i zastanawiam się, co teraz. Przecież chcę spać! Uśpię drania, choćby nie wiem, co! - postanawiam zdeterminowana. Idę z nim do łóżka. Z jednej strony Hanka, Franek w środku, ja od brzegu. Znowu zwisam, ale Mały zasypia, więc ja też próbuję.

6.40 Franek nagle otwiera oczy i jest gotowy do akcji. Odwraca się i próbuje zejść z łóżka. Chwytam go i przytulam. Znowu stosuję zagrywkę z udawanym spaniem, mrużę oczy i obserwuję, co robi. Widzę te małe okrągłe ślepka wpatrzone we mnie. Mrugają. Nie śpi! Momentalnie ogarnie mnie czułość i radość. :) Otwieram oczy, przytulamy się, robię mu noski-eskimoski. Podoba mu się, przykłada swój nos do mojego, żebym go miziała. Co też czynię i jestem najszczęśliwsza na świecie. :)

7.00 Wstajemy. Zaparzam herbatę i popijając ją ubieram Małego. Wyrywa się i wścieka. Ja razem z nim.

7.10 Gotuję kaszkę, a Franek w  tym czasie wybebesza mi całą "roboczą" szufladę w kuchni. Na podłodze jest wszystko: klamerki (które już zdążył rozłożyć na części pierwsze), jakieś sznurki, śrubokręt, golarka do ubrań i baterie. W tak zwanym międzyczasie dotarł także do szafki ze słodyczami i obgryza głowę czekoladowemu Mikołajowi. Nie wie tylko, że najpierw trzeba odwinąć go ze sreberka. Usiąść i płakać, czy jednak nakarmić gówniarza? 

7.30 Słyszę kroki w przedpokoju. Za chwilę w salonie pojawia się Hania. Pod pachą trzyma aktualną ulubioną maskotkę, w rączce moją bluzkę, bez której nie zasypia. Wskakuje mi na ręce, chwilę przytulamy się i wygłupiamy. Dołącza do nas Franek. To właśnie miłość - myślę. :) 

8.20 Hanka i Franek biegają wokół stołu i chichrają się jak szaleni. Hania wskakuje na kanapę, a Franek gramoli się na fotel, z którego już prosta droga do siostry. I do tego, żeby spaść na główkę na podłogę. Zamieram ze strachu.

9.00 Hania w końcu postanawia się ubrać. Znika w swoim pokoju. Zaglądam do niej, a ona w najlepsze leży na podłodze wśród rozrzuconych kredek i tworzy dzieło życia. Ponaglam ją. Znowu wchodzę po dziesięciu minutach. Nadal leży, tylko tym razem układa puzzle. Czuję zniecierpliwienie.
W końcu dumnie wkracza do salonu. Dwa długie rękawy, zielona tiulowa sukienka, pod nią krótkie czerwono-żółte spodenki. Odwracam się tyłem, żeby nie urazić jej uczuć i bezgłośnie płaczę ze śmiechu.

11.00 Wybieramy się na spacer. Ubieram siebie, a potem walczę z Frankiem. Wije się i ucieka. W międzyczasie nagabuję Hankę. Z grubsza tysiąc razy. Oczywiście, że chce iść na spacer, ale tylko pobawi się wózkiem, misiem, namaluje obrazek. Chyba zaraz zwariuję. Nie pomaga to, że mam już na sobie kurtkę, szalik i buty. Kipie z gorąca i ze złości.

11.30 Próbuję włożyć Franka do wózka. On jednak ma inne plany. Nie chce w nim siedzieć, wygina się i złości. Jakoś udaje mi się go spacyfikować. Idziemy. Po 100 metrach Hania oznajmia, że bolą ją nogi i chce do wózka. Za to Franek chce z tego wózka uciec. K***a, jak żyć?

13.00 Szykuję obiad, a dzieciaki w tym czasie bawią się w salonie. Hanka buduje wieżę, Franek jeździ autkiem. Wow, jaka sielanka - myślę i uśmiecham się do siebie. Mija dokładnie 17 sekund i słyszę: - Mamoooo, Franek rozwala mi wieżę - Hanka drze się wniebogłosy przy wtórze pisku Franka, który nie zamierza tak łatwo oddać pola starszej siostrze. Walka o klocki przeradza się w regularną bitwę. W powietrzu fruwają lego i blond kosmyki, które Franek już zdążył wyrwać starszej siostrze z głowy. Chwytam za telefon i bukuję miejscówkę w wariatkowie.

16.20 Hanka jest zajęta czymś w swoim pokoju. Po dłuższej chwili przybiega i wciska mi do ręki rysunek. Na obrazku domek i auto. Oglądam, głośno podziwiam, chwalę. - Namalowałam to dla ciebie, mamo - moje serce topi się z miłości.

18.10 Hania chce pokazać mi, jak tańczy. Włączamy muzykę. Mała podryguje, robi piruety, rozkręca się coraz bardziej. Na scenę wkracza Franek i próbuje ją naśladować. - Mamo, chodź! - woła mnie córka. Tym razem na scenę wkraczam ja, porywam Franka na ręce, Hankę chwytam za łapki i tańczymy do upadłego sto razy powtarzając tę samą piosenkę. Czy ktoś ma wątpliwości, że może być to coś innego niż "Mam, tę moc, mam tę moc..." :) Radość i beztroska do utraty tchu.

19.30 Dzieciaki gotowe do snu. Hanka dostaje do lóżka książeczkę, ja lecę usypiać Franka w naszej sypialni. Myślami jestem już na kanapie z kubkiem herbaty i pilotem. Z Frankiem udaje się w dziesięć minut, gorzej z Hanką. Przebiera w książeczkach. Woda, mleko, kanapka! Chcę już na moją kanapę, do diaska!!!!

21.15 Miotam się próbując nadrobić zaległości internetowe, gazetowe, telewizyjne. Tyle możliwości, tak mało czasu. Z tej klęski wyboru wybawia mnie... Franek! Pobudka, mamusiu!

24.00 Śpię od pół godziny, ale mój syn uznaje, że matce już wystarczy. Wstaję, bujam, usypiam, odkładam. Jak automat.

2.30 Taaak, Franek. Pobudka.

4.30 Tak! Franek! Pobudka.

5.00 Przez sen słyszę tupot bosych stópek. Drepczą coraz bliżej i bliżej. Tup, tup, tup i już są przy mnie. Mała rączka głaszcze mnie po ramieniu. - Mamo, siusiu - to Hanka i jej codzienna rytualna wędrówka do naszego pokoju. Nieee, właśnie teraz? Przecież dopiero przed chwilą zasnęłam po usypianiu enty raz tej nocy Franka! Mam ochotę zakopać się pod kołdrę i nigdy więcej spod niej nie wychodzić.


Jedna matka. Dwoje dzieci. Dwadzieścia cztery godziny.
Rollercoaster emocji. Sinusoida uczuć. R O D Z I C I E L S T W O! :)


P.S. Dla zainteresowanych :) 
Post jest inspirowany wydarzeniami z naszego ostatniego pobytu w Polsce zanim dołączył do nas pan mąż i ojciec przychówku. Z całą stanowczością zaznaczam, że wyżej wymieniony nie uchyla się od odpowiedzialności rodzicielskiej, ani nie miga od obowiązków ojcowskich. :) 






2 komentarze:

  1. Wzruszyłam się - czyli próbuje się nie poryczeć w pracy. Mam nadzieję, że będę potrafiła być kiedyś tak dobrą mamą jak Ty. Masz super rodzinkę, ścickam was wszystkich :*

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki, kochana! :) staram się, ale nie zawsze jest różowo, czasem ciemnośc widzę :) jestem pewna, że ty będziesz jeszcze lepszą mamą niż ja, bo mnie za często ostatnio brakuje cierpliwości. ściskam moooocno!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger