Ryśka sportowa

Odkąd pamiętam uprawiam wszelkie sporty. Ćwiczę aerobik i tańczę zumbę. Biegam, chodzę z kijkami, pływam, jeżdżę na rowerze.
Wszystko to głównie we własnej głowie. A w realu to już-już, od jutra, od poniedziałku, od wakacji, od po wakacjach, od nowego roku.
Szczerze podziwiam tych wszystkich zmotywowanych i zdeterminowanych, którzy wstają o piątej rano i spieszą na pływalnię, biegają, ćwiczą asany przy wschodzie słońca...
Też bym tak chciała! Marzę o spalaniu kalorii, wyciskaniu z siebie siódmych potów niczym Demi Moore w "G.I. Jane", przeczołganiu się na treningu z Ewą Chodakowską, Anią Lewandowską i Mariolą Bojarską-Ferenc jednocześnie.



Tyle, że zasadniczo... nie bardzo lubię się męczyć.
Rowerem to najlepiej po płaskim albo z górki. Pływać uwielbiam w jacuzzi. Na siłowni po pięciu minutach czuję nieodpartą potrzebę skorzystania ze zlokalizowanej za ścianą sauny, a narty... koniecznie grzane wino i leżaczek!
I wiem, wiem, sport to zdrowie, endorfiny, jędrność, elastyczność, gibkość. Ale jak się zmęczyć, żeby się nie męczyć?!
Niestety, wraz z pojawieniem się na świecie Hanki przybył nam jeszcze jeden pięciokilogramowy  członek rodziny. Umiejscowiony głównie w okolicach moich ramion, bioder, brzucha i ud (a ci, co mnie znają, wiedzą o mojej odwiecznej udagejt! Tak! Było jeszcze gorzej!).
Postanowiłam wziąć byka za rogi albo raczej za cellulit i zacząć ćwiczyć. Tyle, ze znowu pociłam się jedynie we własnej wyobraźni... Potem kolejna ciąża i dziecko. I znowu leżałam na macie w obcisłych getrach i opasce na głowie machając nogami w rytm "Call on me" wyśpiewywanego radośnie na sali gimnastycznej przez Erica Prydz. On śpiewał, ja marzyłam, że jestem boginią aerobiku. przeżyjmy to jeszcze raz!
Mimo to waga po czterech latach!! i dwóch ciążach sama wróciła do tej, którą pamiętałam, gdy byłam jeszcze piękna, młoda i beztroska, czyt. singielka.
Jasne, lubię spacerować i robię to regularnie, w końcu obecnie wykonuje zawód matka. Regularnie (ojejku, z grubsza rzecz ujmując:)) sprzątam chałupę i nie oszczędzam się przy tym. No ale żeby aż tak, bez większych wyrzeczeń? Nie omijając szerokim łukiem cukierków, czekolady, tiramisu i zasmażki?
I wtedy w przypływie olśnienia dotarło do mnie, że przecież odkąd jestem mamą dwójki dzieci uprawiam kilka dyscyplin jednocześnie!!!
Ciężary podnoszę nieustannie, słodkie, oczywiście, ale ich suma wynosi dwadzieścia cztery kilogramy. Pod górkę, po schodach, w biegu i w tańcu. Codziennie przy zmianie pieluszek i ubieraniu ćwiczę zapasy. Bieg na setkę w pogoni za dzieckiem uciekającym na hulajnodze? Proszę bardzo! Oprócz tego dwuręczne wymachy maluchami siedzącymi na huśtawkach, jak również wyciąganie naczyń ze zmywarki na czas, żeby Franek nie zdążył się do niej załadować i wyprać:) Szykowanie się do wyjścia z domu to jak przygotowywanie się do wyprawy na Kilimandżaro. Nie wspominając już nawet o tych emocjach i adrenalinie! To dopiero sport ekstremalny! I tak dzień w dzień, tydzień w tydzień, w niedziele i święta. Wniosek? Dzieci powinno się sprzedawać jako środek odchudzający;) Ale w parach, bo jedno to rekreacja i zdecydowanie nie przynosi zadowalających efektów, dopiero dwoje to sport wyczynowy. Że też koncerny farmaceutyczne jeszcze na to nie wpadły... ;) Jakby co, to ja byłam pierwsza!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger