Świat równoległy

Ostatnio, próbując w przerwie w zakupach zjeść obiad w jednej z meblarskich sieciówek (za reklamę jeszcze mi nie płacą;) dokonałam przełomowego odkrycia.


Mianowicie, uświadomiłam sobie, że żyję w równoległym świecie. Równoległym do świata zwykłych śmiertelników, w którym po prostu je się obiad, robi zakupy, leci samolotem, leży na plaży...
Dotarło do mnie, że do tej dziwnej, nieprzystającej do normalnej rzeczywistości przestrzeni trafiają rodzice! (Brawo ja, w końcu jestem mamą "dopiero" od czterech lat;). Gdy pojawia się potomstwo już nic nie jest takie samo, a każda do tej pory banalna czynność staje się sprawdzianem twojej cierpliwości, sprytu oraz umiejętności manipulacyjnych.

Przykład? Zwykły bezdzietny człowiek postanawia zjeść wspomniany obiad. Idzie do restauracji, baru, budki z fast foodem. Wybiera coś z menu, czeka na zamówienie i zjada. Ale nie w naszej rodzicielskiej codzienności. Tu problemy zaczynają się już na poziomie wyjścia z domu. A w jadłodajni...
- Nie, nie zjem makaronu, nie, nie chcę warzyw/zupy/ryby - to dziecko.
Powiedzmy, że po kwadransie pertraktacji, przy których próby dogadania się PO i PiS to pikuś, udaje ci się wynegocjować mało zadowalające rozwiązanie w postaci miski ryżu i ketchupu. Potem jest już tylko gorzej, bo właśnie w trakcie jedzenia dziecko musi siku/kupę/napić się wody (o tym oczywiście zapomniałaś, więc lecisz po tę cholerną wodę, bo przecież dzieciak drze się z takim decybelem, jakby za chwilę miał umrzeć z pragnienia). Musi także gapić się na wszystko wkoło, tylko nie w swój talerz, co opóźnia znacznie posiłek i zmusza rodzica do nieustannego ponaglania, namawiania, perswadowania.

I niech cię nie zwiedzie fakt, że twój talerz z obiadem stoi przed nosem (dzieki, kochanie! :)). Że już, już jest na wyciągnięcie widelca i języka. Że pachnie i nęci. Bo w tym czasie druga, mniejsza latorośl, póki co na mleku i papkach, właśnie postanawia spróbować, jak smakuje prawdziwe jedzenie dla dorosłych i radośnie grzebie w twoim talerzu łapką, żeby za chwilę wszystko wsadzić do buzi, wymemlać i wypluć na ciebie, talerz i gościa przy stoliku obok. Albo ucieka z twoich kolan, by pokazać całemu światu opanowaną sztukę chodzenia. Opanowaną tak dobrze, że ledwo ją dopadasz w momencie, gdy ze smakiem wpycha sobie do buzi farfocle znalezione na podłodze.

W jakimś przebłysku przytomności umysłu - tak jakby ktoś włączył pauzę - rozglądasz się po sali i widzisz, że gdy ty spocona jak szczur biegasz z wywieszonym językiem od jednego dzieciaka do drugiego, reszta po prostu konsumuje wybrane w spokoju jedzenie i zabawia się rozmową. Inny świat, myślisz. Ty tu walczysz niczym żołnierz na froncie - próbujesz odbezpieczać miny, robić uniki i przyczajasz się w okopach, a reszta, kurde, po prostu je! Wyłączając innych rodziców, którzy są na tej samej wojnie;)

Albo w samolocie - normalka, wsiadasz, czytasz gazetę, słuchasz muzyki lub bezmyślnie gapisz się przez okno. Luksus, panie. Nie z nami te numery, mamo! U nas norma to ganianie po korytarzu i próby spacifikowania smarkaczy, zabawianie, poprawianie kocyków, poduszek, setne odpowiadanie na pytanie "kiedy będziemy na miejscu?", podnoszenie i opuszczanie stolika, podłokietnika, wycieczki do kibla, podawanie picia i jedzenia.

Nasze światy równoległe. Stykają się, kiedy moje dziecko kopie twój fotel w samolocie, pluje na ciebie jedzeniem w restauracji, taranuje cię swoją hulajnogą na chodniku albo szeroko uśmiecha się mijając cię w parku... 

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger