Na grzyby

W naszej rodzinie wciąż żywa jest anegdota, jak to moja mama i jej siostra wybrały się na grzyby. Same z czworgiem dzieci. W tym dwoje w wózkach.



A wiadomo jak to w lesie - górki, doły, piaszczyste ścieżki. A wiadomo jak to z dziećmi - zwykle po chwili ekscytacji marudzą, jęczą, są znudzone i zmęczone. I wiadomo wreszcie jakie wózki bywały drzewiej - zapomnij, nowoczesny rodzicu,  o szerokich oponach i obracających się przednich kołach.
Dziewczyny dały radę. Kółko od jednego wózka wciąż odpadło, ale co tam. Zew, by znaleźć prawdziwka czy innego podgrzybka był tak silny, że nie mogły ich powstrzymać te śmieszne niedogodności.
Uwielbienie do grzybobrania wyssałam z mlekiem matki, która w naszych rodzinnych kręgach nazywana jest czarownicą, co znaczy ni mniej, ni więcej tyle, że tam gdzie grzyba  nikt nie dojrzał, Krystyna go dorwie.
Odkąd pamiętam na grzyby chodzimy gremialnie, odwiedzamy swoje miejsca. We wspomnieniach mam mnóstwo poranków spędzonych w lesie. Pobudki o świcie, szykowanie koszy, nożyków. Mama zawsze miała dla nas w swoim wiaderku jabłka albo brzoskwinie i kanapki. Pamiętam radość, gdy udało się znaleźć w końcu pierwszego podgrzybka, pamiętam najpiękniejszy na świecie widok prawdziwka schowanego wśród mchu i jego zapach. I chęć, by koszyk zapełnił się jak najszybciej. I złość pamiętam, gdy mimo długich poszukiwań grzybów nie było, a człowiek mało oczu sobie nie wypatrzył.
Zawsze po skończonych łowach siadaliśmy na skraju lasu i czyściliśmy nasze zbiory. Potem trzeba było jeszcze wrócić pieszo, po kilkugodzinnych poszukiwaniach. A w domu nawlekanie tych grzybów na długie nici i suszenie ich nad piecem, marynowanie.
Tą miłością staram się zarazić swoje dzieciaki. Hanka w zeszłym roku dawała już radę i myślę, że złapała bakcyla.
W Londynie też zbieramy grzyby. Jesteśmy w mniejszości, bo Anglicy nie kultywują tej tradycji. Patrzą na nas podejrzliwie. A ostatnio ktoś zapytał, czego my właściwie szukamy. Mamy tu swoje miejsce w Lightwater Country Park, około 40 min. drogi od domu. Piękna okolica nie tylko na grzyby, ale w ogóle na spacer. Bo chyba w tym zbieraniu chodzi o spacer właśnie i obcowanie z naturą. My byliśmy sprytniejsi od mamy i cioci, bo nie wzięliśmy wózka dla Franka, tylko nosidło na plecy. Ręce wolne, można kosić prawdziwki i pokonywać wzniesienia. Ja zachwycałam się widokami, ale mój mąż ma grzybobraniową obsesję i wciąż zostawiał nas w tyle i poganiał :) Było cudnie, zresztą zobaczcie sami:)






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 RYŚKA DOMOWA , Blogger